Pogoda z rana jakaś taka kiepska — mgła, ale może się przejaśni. Przecież dziś mamy znów pojechać do Taghazout. Może znów popływam na desce?
Pojechaliśmy znów autobusem (L32) za 8 DH od łebka. Niestety, pogoda nie chciała się poprawić.
Fale też jakieś większe.
Jak na mój gust, to warunki raczej dla doświadczonych surferów i nie zdecydowałem się na kolejny raz na desce.
Za to pospacerowaliśmy po wiosce odkrywając urocze zakątki i miejscówki.
Na górze widać parking dla kamperów.
Udało się też znaleźć kozy na drzewach arganowych, 😉
A po spacerze trzeba coś przekąsić.
Zdecydowaliśmy się na knajpkę przy głównym deptaku.
Na rybę.
Taką prosto z grila. Pokazuje się którą rybę się chce i pan przygotowuje ją na twoich oczach.

Żona powiedziała, że tak wyśmienitej ryby w życiu nie jadła.

2x ryba (karmazyn i coś jeszcze), sałatka marokańska (świeże pomidory, ogórek, cebula), 2 xchlebobułkopita i litrowa cola. Całość za 175 dirhamów, czyli jakieś 70 zł. Ale jedzenia „pod korek“. No i ryba bez panierki. 😁
Przypomniało mi się, że miałem wrzucić zdjęcie Bigstera. Voilà.

Powrót do Agadiru znów L32, ale kierowca jakiś… z Sosnowca. Jakby pierwszy raz autobus prowadził. Szarpał tak, że musiałem zmienić miejsce z siedzącego (tyłem do kierunku jazdy) na stojące.
